Dolomity 2008 - wspomnienie

Zamieszczam poniżej relację, z wyjazdu w Dolomity w 2008 roku. Relację, która zawarta była w innym serwisie, ale, że ten się zmył, trzeba coś dla potomności zostawić w innym miejscu.

Zdjęcia widokówkowe, bez mamuta, o takie:
Dolomity 2008Dolomity 2008
można dorwać tutaj: jeden , dwa i trzy .


Dolomity

O tej wyprawie marzyliśmy od trzech lat tj. od czasu kiedy pokonaliśmy pierwszą ferratę. Jeszcze przed wakacjami wszystko zapowiadało się pięknie - wolny czas w drugiej połowie lipca, samochód do dyspozycji i miłe towarzystwo, lecz im bliżej było dnia wyjazdu tym bardziej piętrzyły się trudności. Najpierw termin zaczął kolidować z praktykami, potem znajomi się wycofali. Pozostaliśmy, więc we dwoje. Trzeba było podjąć, w zasadzie trudną, decyzję – wyjazd w sierpniu oznacza środek sezonu urlopowego we Włoszech, poza tym tylko jedna osoba miała prawo jazdy. Postanowiliśmy postawić wszystko na jedną kartę i jechać pod koniec sierpnia.

Dzień 0 - dojazd

Jako trasę dojazdu wybraliśmy wariant przez Niemcy a w Austrii jechaliśmy tunelem. Okazało się, że do Cortiny jest ok. 900 km, czyli wcale nie tak dużo. Choć psychicznie byliśmy przygotowani na podróż dwudniową, to okazało się, że nie szarżując można pokonać ją w jeden. Autostrady w Niemczech robią wrażenie: odcinki cztero- lub pięciopasmowe, przyzwoite parkingi , brak dziur :). Droga w Austrii choć dłuższa okazała się niezwykle urokliwa. Wieczorem zmęczeni dojechaliśmy do schroniska Lunelli.

Dzień 1 - ferrata Roghel i ferrata Cengia Gabriella

W pierwszy dzień chcieliśmy obejść masyw Sesto. Po ok. 400 m podejścia pod Rif. Berti otwiera się przepiękny widok na masyw.

Dalej trzeba jeszcze podejść kawałek piargiem na początek ferraty Roghel. Choć Tkaczyk opisuje ją jako trudną, to ocena jest chyba zaniżona. Jest jeden moment, gdzie trzeba użyć siły, by pokonać ściankę. Pewna Niemka spędziła tam chyba z dwadzieścia minut. Ogólnie trasa wymagająca zacięcia wspinaczkowego, ale dostarczająca wielu wrażeń. Po wejściu na przełęcz następuje stromy fragment w dół. Można zejść do bivacco, albo kontynuować wędrówkę. Via ferrata Cengia Gabriella to w zasadzie trawers dostarczający pięknych widoków w pogodny dzień. Sam przebieg trasy nie wyróżnia się niczym niezwykłym.

Jednak trasa okazała się zbyt trudna na jeden dzień, dlatego musieliśmy spędzić noc w schronisku lub zejść do auta. Wybór padł na Rifuggio Carducci i w sumie nie ma czego żałować. Pomimo, że nie mieliśmy śpiworów to dostaliśmy koce i poszewkę - co, dla nas było pozywanym zaskoczeniem, ale jak się później okazało to normalne. W schronisku panowała górska atmosfera, obiad był smaczny, jedyną wadą była intensywność z jaką mówią Włosi (sprawia trudności w spaniu).

Dzień 2 - ferrata degli Alpini

Następny dzień to via ferrata Strada degli Alpini i ją możemy polecić wszystkim, przede wszystkim tym którzy są pierwszy raz Dolomitach. Jest to trawers poprowadzony niewątpliwie z rozmachem. Nie posiada większych trudności a widoki są niesamowite i towarzyszą cały czas.

Podsumowując dwa dni, trasa ładna i warta przejścia. Wymaga „rozchodzenia” i dobrej kondycji, jeśli chcemy ją pokonać w jeden dzień, z noclegiem w schronisku staje się dostępna dla każdego.

Po zejściu postanowiliśmy się w końcu umyć :). Wybraliśmy camping w Auronzo i tak nam się spodobało, że zostaliśmy jeszcze jeden dzień.

Dzień 3

Największe wrażenie zrobili Brytyjczycy którzy używali palnika na paliwo aby zrobić sobie jajecznicę – mieliśmy ognisko na stole :). Ranek upłynął na grach i leniuchowaniu. Popołudniu mieliśmy kupić mapę okolic Cortiny, ale nie była ona dostępna. Na intuicję pozostało nam szukanie parkingu przy Rist. Rio Gere. Okazało się, że z niego prowadzi wyciąg na Cristallo – masyw, w którym byliśmy dawno temu. Pozostało do wieczora sporo czasu, zajechaliśmy więc do Cortiny zakupić upragnioną mapę.

Dzień 4 - ferrata Vandelli

Na kolejne dni zaplanowaliśmy obejście masywu Sorapiss. Dla świętego spokoju założyliśmy, że będziemy szli trzy dni a nocować będziemy w bivacco. Podejście na przełęcz Passo Tre Croci zajmuje około dziesięć minut. My mieliśmy to szczęście, że na szlaku pasły się byki :). Pierwszy odcinek to w sumie przyjemna ścieżka prowadząca do schroniska Vandelli. W środku dnia, szczególnie przy ładnej pogodzie, można spotkać tłumy z powodu turkusowego jeziorka Lago di Sorapiss.

Od schroniska szlak wiedzie po ciekawej formacji skalnej – coś jakby lodowiec ze skały (może ktoś wie, co to jest). Przed sobą widać pionową ścianę. Idziemy dalej, ciągle nie widać ferraty, tylko ogromna pionowa ściana. Niesamowite uczucie, nicość człowieka wobec przyrody, a jednocześnie niemożliwość doczekania się aż się wejdzie na tą ścianę. Przecież via ferrata Vandelli, gdzieś u podnóża tej ściany się zaczyna. Szybko pokonujemy wysokość za pomocą drabinek. Potem fragmenty wspinaczkowe sprawiające wiele radości. Jednak ostatnia godzinka jest raczej nie miła - strome podejście, a bez wspinania.

Na szczycie odpoczynek i wygrzanie się w słoneczku.

Zejście nie jest już tak ciekawie. Podążamy do bivacco, gdzie mamy spać. Kapsuła sprawia przyjemne wrażenie, a my zastanawiamy się co jutro robić. W internecie było napisane, że niedaleko jest śnieg, ale śladu po nim nie ma. Jeśli jutro nie znajdziemy wody to kiepski nasz los. Wieczorem dochodzi do nas Włoch o którym można by napisać osobną książkę. Wystarczy wspomnieć o tym że miał na nogach trialowe adidasy, pół litra wody do picia i mapy wydrukowane w odcieniach szarości. Do tego chodził bez asekuracji, kasku i poza szlakiem :D.

Dzień 5 - droga Minazio i ferata Berti

Droga Minazio to w zasadzie ścieżka z ładnym widokiem. Jedyny ciek jaki znaleźliśmy, był zbyt słaby by napełnić butelki. Ponieważ zajęła nam dwie godziny, postanowiliśmy zaryzykować i zejść do doliny, gdzie miał płynąć potok. Okazało się, że od rozwidlenia szlaku wystarczy przejść piętnaście minut, aby bez problemu uzupełnić zapasy. W tym roku zmienił się przebieg trasy prowadzącej do połączenia z trasą bivacco Slataper – schronisko San Marco (prowadzi niżej w stosunku do starego) dlatego istnieje rozbieżność między mapą a oznaczeniem szlaku. Teraz czeka nas nieciekawe podejście pod następną kapsułę.

Jest po dwunastej, a my już wygrzewamy się na słoneczku. Głupio teraz zostawać na noc w bivacco, sił mamy jeszcze sporo, więc idziemy dalej. Via ferrata Berti to pionowe zejście, które może dostarcza wielu wrażeń dla wchodzących, ale schodzenie nią nie jest jakimś niezwykłym przeżyciem. Po trudnym odcinku szlak wiedzie malowniczą półką, aż do zejścia na dno doliny. Z której musimy zejść piargiem do schroniska Vandelli – nic przyjemnego. Przez całe zejście towarzyszy widok jeziorka, już niedługo i znowu tam będziemy. Do parkingu schodzimy w licznym towarzystwie. Szybkie przepakowanie i jedziemy do Cortiny na camping.

Camping Olimpia, w porównaniu z tym w Auronzo, to gigant, mnóstwo ludzi, brak ławeczek do siedzenia, ceny też wyższe. Mimo wszystko ciepły prysznic poprawia nastrój. Tworzymy danie wyjazdu: bierzesz puszkę konserwy, puszkę fasolki w pomidorowym sosie i podgrzewasz, wyjątkowo smaczne.

Dzień 6

Dziś w Cortinie kończy się przegląd orkiestr regionalnych, z tej okazji planowana jest parada. Prezentują się na niej oprócz zespołów, wszystkie społeczności lokalne od klubu olimpijczyków, koła miłośników Vespy przez służby umundurowane do odśnieżaczy. Niezwykle barwny i długi korowód. Po nim, wzdłuż deptaku grają orkiestry i zespoły. To był wyjątkowo udany dzień, pomimo tego, że nie w górach.

Dzień 7 - ferrata Strobel

Zachęceni prze Włocha, którego spotkaliśmy w bivacco Comici postanowiliśmy odłożyć w czasie ferraty w Tofanach i przejść ferratę Strobel. Do tej ferraty prowadzi nieciekawe i piarżyste podejście. Początek nie jest zbyt dobrze oznakowany – człowiek który szedł przed nami, nagle pokazał się za nami. Potem są fragmenty wspinaczkowe dające wiele radości. Wchodzimy na balkon i otwiera się widok na Cortinę.

Pogoda zaczęła się psuć, trzeba się spieszyć. Ferrata dalej słabo (czytaj: WCALE) oznakowana - jedynie kopczyki dają jako taką orientacje. Zaczęło grzmieć, robi się nieciekawie. Na szczęście widać już zejście. Niestety jest to, jak można spodziewać, piarg. Ciemne chmury nad nami, pada. Grzmi to z jednej strony doliny, to z drugiej. Oby zejść w kosodrzewinę to może nic w nas nie walnie. Lekko mokrzy wracamy do campingu. Ciepły prysznic (plus 20 do żywotności) poprawia nastroje. Szybka konsultacja w sprawie prognozy pogody. Okazało się, że dziś były przelotne opady (padało od 13 do 20), przez najbliższy tydzień ma padać więcej. Zapadła decyzja powrotu do Polski, nie będziemy siedzieli na campingu oczekując na poprawę pogody, za to pojedziemy w Tatry.

Dzień 8

Droga powrotna zajęła jeszcze mniej czasu i wieczorem, mogliśmy zasiąść przed telewizorem :).

Podsumowując wyjazd to założyliśmy, że nie będziemy „dziadować” korzystaliśmy często z campingów. Teraz jednak zdecydowalibyśmy się na wykupienie ubezpieczenia OEAV i nocowanie w schroniskach. Zabrakło kilku dni dobrej pogody, aby można było mówić o sukcesie. Tofany, Civetta czekają na nas.


Tekst: OLa (Z kilkoma moimi uwagami :P)
Foto: Część OLa, część ja.

Portret użytkownika salvadhor

Zazdroszczę...

Najzwyczajniej zazdroszczę :) Ja mojej małżonki to raczej do ferrat nie przekonam, choć wiem, że to bezpieczniejsze niż przeciąganie się łańcuchami np. w Tatrach... A te rejony mnie okrutnie kuszą, obok są Alpy Julijskie, które chyba bardziej się nadają do przechodzenia na 'żywca'... No ale cóż, może kiedyś... :)

Portret użytkownika grizz

Ferraty są bardzo różnorodne,

Ferraty są bardzo różnorodne, niektóre typowo spacerowe, gdzie w sumie uprząż się nei przydaje i mocno wspinaczkowe...

Małżonkę weź, zabierz... i jak zobaczy widoki, to sama się przekona :D

Dodaj nową odpowiedź

Zawartość pola nie będzie udostępniana publicznie. If you have a Gravatar account associated with the e-mail address you provide, it will be used to display your avatar.
Subskrybuje zawartość